Jeśli w przyszłości  zostanę mamą i któregoś dnia moje dziecko zapyta mnie o 10 kwietnia, co mu wtedy odpowiem? Jak opiszę to, co się wtedy działo w naszym kraju, na ulicach Warszawy, w mediach, w polskich sercach ...w moim sercu? Co zostanie na trwałe po tamtym tragicznym dniu, a co z biegiem czasu odejdzie w zapomnienie?

Właśnie minął rok od tego pochmurnego, sobotniego poranka. Pamiętam go, jakby był wczoraj. Zadzwonił telefon - pierwszy wstrząs. Po chwili włączenie telewizora, a tam coraz więcej informacji, znajomych nazwisk i twarzy...niedowierzanie, strach, przerażenie, smutek. Takie chyba były te pierwsze emocje, które z czasem narastały. Dalej jakaś wewnętrzna potrzeba, by iść pod Pałac Prezydencki i tam zapalić znicz. Wtedy udało mi się go jeszcze postawić osobiście. Z każdą godziną tych zniczy, kwiatów, zdjęć, laurek przybywało i przybywało. Ten spontaniczny zryw, ta narodowa jedność, jaka się w tamtym czasie wytworzyła, w tym całym dramacie była czymś pięknym i budującym! Później msza święta w Archikatedrze Warszawskiej, na którą ściągnęły tłumy ludzi. Moment wyczytywania nazwisk 96 ofiar, brutalnie uświadamiał, że to co niewyobrażalne, wydarzyło się naprawdę...gorzkie łzy...A potem nastał wieczór. Zamyślone Krakowskie Przedmieście w ciszy płonęło tysiącem światełek ...

Żałuję, że po roku od tej tragedii, poza pomnikiem na Powązkach, w przestrzeni publicznej, która naturalnie nawiązywałaby do tamtych kwietniowych dni, wciąż nie ma miejsca upamiętniającego ofiary tej katastrofy. Miejsca pamięci, w którym nie tylko w dniu rocznicy, można by było przystanąć, zapalić znicz i zadumać się na chwilę...w spokoju.